Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie, a także do prawidłowego działania i wygodniejszej obsługi. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Partnerzy mogą połączyć te informacje z innymi danymi otrzymanymi od Ciebie lub uzyskanymi podczas korzystania z ich usług i innych witryn.
Masz możliwość zmiany preferencji dotyczących ciasteczek w swojej przeglądarce internetowej. Jeśli więc nie wyrażasz zgody na zapisywanie przez nas plików cookies w twoim urządzeniu zmień ustawienia swojej przeglądarki, lub opuść naszą witrynę.
Jeżeli nie zmienisz tych ustawień i będziesz nadal korzystał z naszej witryny, będziemy przetwarzać Twoje dane zgodnie z naszą Polityką Prywatności. W dokumencie tym znajdziesz też więcej informacji na temat ustawień przeglądarki i sposobu przetwarzania twoich danych przez naszych partnerów społecznościowych, reklamowych i analitycznych.
Zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies możesz cofnąć w dowolnym momencie.
1. Halowe Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce, 20-23 marca 2026, Toruń
W dniach 20-22 marca 2026 roku, w Toruniu, odbywały się Halowe Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce. Jednym z głównych sponsorów tej imprezy była firma Sony, która walczy o pozycję lidera w dziedzinie fotografii sportowej i robi sporo, aby ta walka była naprawdę skuteczna.
Obecność tak ważnej i dużej imprezy sportowej w naszym kraju spowodowała, że polski oddział Sony wystosował zaproszenie do największych redakcji rodzimych mediów fotograficznych, aby ich dziennikarze wzięli udział w tym wydarzeniu w roli fotoreporterów sportowych. Tym samym umożliwiono nam udział w dwóch sesjach zawodów – w piątek wieczorem oraz w sobotę rano.
Do Torunia dotarliśmy w piątek, w okolicach południa. Po szybkim posiłku udaliśmy się po odbiór naszych akredytacji, a następnie skierowaliśmy swe kroki do hali sportowej. W jej okolicy umieszczono duży namiot, w którym znajdowało się centrum medialne, a w nim stanowiska do pracy dla fotografów oraz świetnie zaopatrzony park sprzętowy Sony. Dostęp do niego mieli wszyscy fotoreporterzy i agencje związane umowami z firmą Sony. Nam oczywiście też pozwolono do woli przebierać w tym istnym rogu obfitości.
Osobiście zdecydowałem się na wybór Sony A9 III, który, ze swoim imponującym trybem seryjnym, jest wręcz stworzony do tego rodzaju zastosowań. Dodatkowym argumentem był fakt, że w swojej karierze testera jeszcze nie miałem okazji pracować na żadnym z korpusów z serii A9. Zapewniłem więc sobie doznania podwójnego debiutanta – miałem bowiem po raz pierwszy fotografować zawody sportowe, na dodatek aparatem, którego nigdy wcześniej nie miałem w ręku.
Jeśli chodzi o obiektyw, to w pierwszym odruchu chciałem wziąć klasyczne 70-200 mm f/2.8, ale potem przypomniałem sobie o istnieniu Sony FE 50-150 mm f/2 GM, który miałem okazję testować w maju 2025 roku i który w tym teście wypadł naprawdę świetnie. Uznałem, że w hali ma szansę spisać się on równie wyśmienicie, jak w moim teście.
Po krótkim przeszkoleniu, podpisaniu odpowiednich dokumentów i pobraniu kamizelek, przeszliśmy na halę sportową, gdzie właśnie zaczynała się wieczorna sesja. Okazało się, że mamy dostęp do wszystkich miejsc, w których mogła pracować 150-osobowa grupa fotografów akredytowanych na tę imprezę. Jedynym wyjątkiem była bieżnia oraz wewnętrzna płyta, gdzie mogła przebywać tylko szóstka wyselekcjonowanych wybrańców oznaczona specjalnymi, zielonymi kamizelkami.
Od razu zostaliśmy rzuceni w wir intensywnych wydarzeń, bo właśnie rozpoczynał się finał pchnięcia kulą kobiet, eliminacje biegu na 1500 metrów kobiet i mężczyzn, a jednocześnie trwał siedmiobój mężczyzn, gdzie toczyły się zmagania na skoczni wzwyż. W niedługim czasie swoje pojedynki mieli też toczyć trójskoczkowie.
Fotografowanie pchnięcia kulą nie było zadaniem prostym, bo umiejscowienie zawodniczek oraz siatki ochronnej wymusza zajęcie odpowiedniej pozycji. My na hali pojawiliśmy się z lekkim opóźnieniem, więc najlepsze miejsca były już zajęte. Z tego właśnie powodu trochę bardziej skupiłem się na fotografowaniu biegów.
Tak naprawdę miejscówek do robienia zdjęć nie brakowało. Mogliśmy być w prawie każdym miejscu dookoła bieżni, od której ograniczała nas tylko niewysoka barierka. W tych miejscach jest się tak blisko zawodników, że wystawiając obiektyw zbyt mocno do przodu, ryzykuje się tym, że biegacz znajdujący się na zewnętrznym torze wytrąci nam sprzęt z ręki.
Jakby tego było mało, mnóstwo miejscówek znajdowało się na części trybun leżących na przedłużeniu finiszu bieżni do 60-metrów. Na środku umieszczono tam wysokie gniazdo przeznaczone dla tych, którzy chcieli fotografować ów finisz idealnie na wprost. Po bokach były dodatkowe podwyższenia, a dodatkowo zamknięto tam część trybun i zagwarantowano wejście na nie tylko fotografom. Owe trybuny, leżące po prawej stronie finiszujących sprinterów świetnie nadawały się do robienia zdjęć startujących lub kończących swoje biegi zawodników występujących na dystansach od 400 metrów w górę.
Tym, na co najbardziej ostrzyłem sobie zęby, był występ naszej mistrzyni olimpijskiej Natalii Bukowieckiej w półfinałach biegu na 400 metrów kobiet. W tym przypadku zdecydowałem się zająć miejsce na wirażu i jakoś specjalnie nie musiałem tam się z nikim przepychać. Pierwszy półfinał padł łupem 20-letniej Czeszki Lurdes Glorii Manuel, w drugim bez problemów zwyciężyła Bukowiecka, a w trzecim Holenderka Lieke Klaver.
W sobotnim finale właśnie te trzy zawodniczki podzieliły się medalami, a Natalia Bukowiecka zdobyła srebro, bijąc przy okazji rekord Polski.
Dalsza część wieczoru minęła pod znakiem zmagań mających miejsce na 60-metrowej bieżni umieszczonej na środku hali. Najpierw odbyły się tam półfinały sprintu mężczyzn, w których bez specjalnych sukcesów wzięli udział Dominik Kopeć i Oliwier Wdowik, a następnie finał, w którym zwyciężył reprezentant USA Jordan Anthony. W tym przypadku miałem okazję robić zdjęcia zarówno z gniazda, w którym konkurencja fotografów była dość spora (szczególnie w trakcie finału) oraz z podwyższeń umieszczonych na skrzydłach, gdzie o miejscówkę nie było trudno.
Sobotnia sesja poranna rozpoczęła się o godzinie 10, gdy na starcie stanęli biegacze przez płotki na dystansie 60 metrów. Najpierw swoją rywalizację toczyli tam siedmioboiści, a potem zawodnicy, którzy specjalizują się w tej konkurencji. Pośród nich mieliśmy dwóch naszych reprezentantów: Damiana Czykiera i Jakuba Szymańskiego. Ten drugi dał później polskim kibicom mnóstwo radości, bo ostateczne wygrał wielki finał i został mistrzem świata.
Na początku atmosfera była, jak na zawody sportowe, dość spokojna. Trybuny zapełniały się powoli, a fotoreporterzy też nie uganiali się w zbyt dużym ukropie. Byłem wręcz zdziwiony, że miejsce na łuku, znajdujące się najbliżej siedmioboistów skaczących o tyczce, było praktycznie puste i cała tę konkurencję można było fotografować w bardzo komfortowych warunkach.
Z tego samego miejsca był też bardzo dobry widok na startujących sprinterów i płotkarzy. Może z wyjątkiem momentów, gdy tuż przy bieżni pojawiali się fotografowie mogący przebywać na płycie i realizatorzy transmisji telewizyjnej. Jednocześnie z tej samej miejscówki można było robić bliskie portrety zawodników wychodzących z hali rozgrzewkowej.
Niedługo potem 60-metrowa bieżnia została opanowana przez panie, które zmagały się w eliminacjach sprintu. Odbyło się aż siedem biegów – jeden z nich wygrała nasza reprezentantka Ewa Swoboda. Niestety był to jej ostatni mocny akcent w tej imprezie, bo później nie udało się jej awansować do finału.
Kolejna szansa na medal pojawiła się w sztafecie mieszanej 4x400 metrów. To właśnie w tej konkurencji zdobyliśmy złoty metal podczas IO w Tokio, więc oczekiwania mogły być spore, tym bardziej że na starcie stanęła dwójka triumfatorów z Tokio, a mianowicie Justyna Święty-Ersetic oraz Kajetan Duszyński. Towarzyszyli im mniej utytułowani zawodnicy: Anna Gryc i Marcin Karolewski.
Start i pierwsza zmiana nie do końca poszły po naszej myśli, przez co przez prawie cały bieg utrzymywaliśmy się w okolicach czwartej pozycji. Biegnąca na ostatniej zmianie Justyna Święty-Ersetic próbowała jeszcze atakować podium, ale niestety nie dała rady.
Z medali cieszyły się więc drużyny Belgii, Hiszpanii oraz Jamajki, a nasi zawodnicy z dość smutnymi minami pozowali do zdjęć, wiedząc, że przypadło im miejsce czwarte – podobno uznawane przez sportowców za najgorsze.
Potem okazało się, że na pierwszej zmianie drużyna Jamajki popełniła poważny błąd. Zawodniczka odbierająca pałeczkę miała czekać na pozycji piątej, ale przepchnęła się przed dwie stojące przed nią biegaczki, blokując tym samym Polkę i powodując upadek sztafety USA. Tak wyraźnie naruszenie przepisów nie mogło skończyć się niczym innym niż dyskwalifikacją drużyny Jamajki i tym samym, ostatecznie, nasza ekipa wywalczyła brąz.
Niedługo potem bieżnia została przejęta przez 800-metrowców, którzy mieli do rozegrania swoje półfinały. Najpierw rywalizowały panie, a następnie panowie. Mieliśmy tutaj w sumie aż czworo reprezentantów, ale żaden z nich nie wywalczył awansu do finału.
Wisienką na torcie sobotniego poranka był finał skoku wzwyż mężczyzn. Byłem zdziwiony, że podczas tej konkurencji wcale nie trzeba było mocno walczyć o dobre miejsce – fotografów, co prawda, nie brakowało, ale w żadnym momencie nie można było mówić o jakimś wyjątkowym tłoku.
Tutaj też mieliśmy swojego przedstawiciela i był nim Mateusz Kołodziejski, który ostatecznie, z wynikiem 2.22 metra, zajął 7 miejsce.
Końcowa rywalizacja o medale była naprawdę emocjonująca i wzięło w niej udział aż czterech zawodników. Brązem musieli podzielić się Koreańczyk i Jamajczyk – obaj pokonali wysokość 2.26 metra.
Na placu boju pozostali wtedy już tylko Ukrainiec Oleh Doroszczuk oraz Meksykanin Eric Portillo. Wygrał pierwszy z nich, ale drugi sprawił ogromną niespodziankę. Nie dość, że, pokonując wysokość 2.30 metra, pobił swój rekord życiowy, to jednocześnie zagwarantował swojemu krajowi największy sukces w Halowych Mistrzostwach Świata. Jak dotychczas we wszystkich imprezach tego typu Meksyk zdobył tylko dwa medale brązowe.
A ja cieszyłem się, tym bardziej że historyczny dla Meksyku skok udało mi się uwiecznić na jednym ze swoich zdjęć. Żałowałem tylko tego, że celebrujący swój sukces zawodnik pobiegł w zupełnie innym kierunku, niż leżało moje stanowisko.
To był ostatni akcent tej sesji mistrzostw, ale nie ostatnie wydarzenie naszego pobytu w Toruniu. Firma Sony zorganizowała jeszcze dla nas wycieczkę po zapleczu tej imprezy. Oprowadzani byliśmy przez Piotra Haczka – wybitnego 400-metrowca, członka sławnej drużyny Józefa Lisowskiego, która zdobywała Mistrzostwo Świata w 1999 roku w Sewilli i brązowe medale tej imprezy w Atenach (1997) oraz Edmonton (2001). Przeszliśmy całą drogę, jaką pokonują w hali zawodnicy. Zobaczyliśmy szatnie, salę rozgrzewkową, miejsca do odpoczynku, opieki medycznej, stanowiska gdzie udzielane są pierwsze wywiady, a nawet obszar, w którym triumfatorzy czekają na ceremonię medalową.
Jednym z najciekawszych miejsc był pokój Hawk-Eye, gdzie sędziowie na bieżąco sprawdzają, czy zawodnicy wykonują swoje zadania w zgodzie z przepisami i gdzie rozpatrywane są protesty. Działanie tego systemu zademonstrowano nam na zupełnie świeżej sprawie przewinienia sztafety mieszanej Jamajki, które doprowadziło do jej dyskwalifikacji i zapewniło Polsce brązowy medal.
Potem przyszedł smutny moment, w którym musieliśmy zdać wypożyczony sprzęt. Następnie udaliśmy się na obiadokolację, po której wróciliśmy do Warszawy.
Fotografia sportowa na tak wysokim poziomie rywalizacji była dla mnie zupełną nowością. Napiszę więcej – w zasadzie jakakolwiek fotografia sportowa byłaby dla mnie zupełną nowością, bo nie miałem w ten dziedzinie praktycznie żadnych doświadczeń. Jeśli więc, w takiej sytuacji, używając nowego dla mnie aparatu, byłem w stanie wykonać jakieś w miarę trafione ujęcia, wystawia to dobrą laurkę nie fotografowi, ale właśnie używanemu sprzętowi.
A skoro już przeszliśmy do sprzętu, dodam, że fotografowało mi się nim znakomicie. Byłem bardzo zadowolony z wyboru i gdybym miał dokonać go jeszcze raz, stanęłoby na dokładnie takim zestawie, jaki miałem. Bogatszy o doświadczenia z tej imprezy, teraz rozważyłbym jeszcze zabranie drugiego korpusu z obiektywem klasy 2.8/300, ewentualnie 2.8/400, choć ten drugi, na ciasną halę, gdzie zawodnicy są dosłownie na wyciągnięcie ręki, wydaje mi się trochę za długi. Nie zdecydowałem się na zabranie od razu dwóch aparatów i dwóch obiektywów, bo jako absolutny debiutant nie chciałem się rozpraszać i wolałem skupić się na jednym zestawie.
Wykorzystałem więc dużą uniwersalność zakresu 50-150 mm i świetne, stałe światło f/2.0. Znaczną większość zdjęć wykonywałem w przedziałach przysłon od f/2.0 do f/4.0, jednocześnie korzystałem z czasów ekspozycji na poziomie od 1/400 do 1/800 sekundy. Hala była na tyle dobrze oświetlona, że Auto ISO w aparacie poruszało się w bardzo bezpiecznym zakresie od 250 do 800. W efekcie zdjęcia były bardzo dobrej jakości i praktycznie pozbawione szumu.
Jeśli chodzi o aparat, to był on dla mnie nawet za dobry. Oczywiście autofokus był ustawiony w tryb AF-C z wyszukiwaniem twarzy i oczu ludzi. Z premedytacją nie wykorzystywałem maksimum możliwości dostępnego trybu seryjnego (tam jest przecież aż 120 klatek na sekundę!), bo musiałbym potem spędzić kilka tygodni na przeglądaniu zdjęć, aby wybrać najlepsze ujęcia. Nie wątpię jednak, że zawodowcy, którym zależy na jak najlepszych efektach, nie zawahają się wyciskać z A9 III ostatnich soków.
Swoją drogą, po odbyciu dwóch takich sesji naprawdę można nabrać szacunku do pracy fotoreportera sportowego. Wziąłem na swoje barki tylko jeden aparat z obiektywem klasy 50-150 mm – cały zestaw nie był więc zbyt duży i ciężki, a mimo wszystko, na końcu, odczuwałem trudy pracy i zmęczenie. Tymczasem zawodowy fotoreporter robi nie jedną, ale dwie takie sesje dziennie i najczęściej ma na sobie 2-3 zestawy aparat plus obiektyw, w tym jeden z tych obiektywów jest najczęściej dużym i ciężkim teleobiektywem o ogniskowej sięgającej 400-600 mm.
Doświadczenie fotografowania na tak dużej i profesjonalnie zorganizowanej imprezie sportowej było jednym z najprzyjemniejszych wydarzeń w mojej karierze redaktora Optyczne.pl. Byłem bardzo mile zaskoczony tym, jak blisko wszystkich wydarzeń może znajdować się fotoreporter i jak dużo miejsc zagwarantowano mu do pracy.
Jestem więc bardzo wdzięczny firmie Sony za zaproszenie i profesjonalną opiekę, jaką zapewniono nam na miejscu.
Wygląda na to, że korzystasz z oprogramowania blokującego wyświetlanie reklam.
Optyczne.pl jest serwisem utrzymującym się dzięki wyświetlaniu reklam. Przychody z reklam pozwalają nam na pokrycie kosztów związanych z utrzymaniem serwerów, opłaceniem osób pracujących w redakcji, a także na zakup sprzętu komputerowego i wyposażenie studio, w którym prowadzimy testy.
Będziemy wdzięczni, jeśli dodasz stronę Optyczne.pl do wyjątków w filtrze blokującym reklamy.