Przetwarzanie danych osobowych

Nasza witryna korzysta z plików cookies

Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie, a także do prawidłowego działania i wygodniejszej obsługi. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Partnerzy mogą połączyć te informacje z innymi danymi otrzymanymi od Ciebie lub uzyskanymi podczas korzystania z ich usług i innych witryn.

Masz możliwość zmiany preferencji dotyczących ciasteczek w swojej przeglądarce internetowej. Jeśli więc nie wyrażasz zgody na zapisywanie przez nas plików cookies w twoim urządzeniu zmień ustawienia swojej przeglądarki, lub opuść naszą witrynę.

Jeżeli nie zmienisz tych ustawień i będziesz nadal korzystał z naszej witryny, będziemy przetwarzać Twoje dane zgodnie z naszą Polityką Prywatności. W dokumencie tym znajdziesz też więcej informacji na temat ustawień przeglądarki i sposobu przetwarzania twoich danych przez naszych partnerów społecznościowych, reklamowych i analitycznych.

Zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies możesz cofnąć w dowolnym momencie.

Optyczne.pl

Partnerzy






Poradniki

Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierząt

30 marca 2013

2. Niezła jazda!

Był czwartek, późne popołudnie. Pamiętam ten dzień tak, jakby to było wczoraj. Wyregulowałem moje rzutniki i system nagłaśniający (w tamtych czasach robiłem prezentacje ze slajdów z użyciem dwóch projektorów i magnetofonu), ponieważ jakoś tak się stało, że zaproszono mnie do wygłoszenia prezentacji na dużym zjeździe ornitologów organizowanym przez muzeum historii naturalnej, który odbywał się raz do roku w Santa Barbara. Miałem mówić na ten sam temat, jaki prezentowałem wcześniej na niezliczonych spotkaniach klubu Audubon — o wireonkach.

Zanim zaczęła się prezentacja, zmieniłem koszulę, sam nie wiem ile razy. Powiedzieć, że byłem stremowany, to łagodne określenie. Maeton miał być na widowni. To prawda, już ładnych parę miesięcy wcześniej odwiedziliśmy go w domu i zaprezentowałem mu wtedy moją pogadankę, aby upewnić się, że nie ma w niej jakichś straszliwych błędów. Jednak teraz nie mogłem zrozumieć, co właściwie robię w tym szacownym akademickim gronie — początkujący fotograf, żółtodziób, imitacja badacza — próbując dawać wykład na temat związany z biologią. W co ja się wpakowałem? Pierwszy raz miałem „naukowo” zaprezentować się przed gronem specjalistów, ludzi zorientowanych w temacie. Czasem naprawdę się zastanawiam, czy przypadkiem nie jestem kretynem.

Zacząłem tak, jak zwykle — od pokazu slajdów puszczonego do muzyki. To był utwór Funeral for a Friend Eltona Johna, podkręcony całkiem głośno. Wszystkie obrazy w otwierającym pokazie pochodziły z Yosemitów — może nie były to moje szczytowe osiągnięcia, ale i tak wcale nie najgorsze, zwłaszcza jak na młodego fotografa. Moja widownia nie była na to przygotowana — sądzili, że zobaczą parę zdjęć ilustrujących jakieś techniczne szczegóły i mnóstwo wykresów. W mojej prezentacji nie miałem jednak ani jednego wykresu. Miałem zdjęcia ptaków i wskaźnik laserowy.


----- R E K L A M A -----

Gdy ucichła muzyka, wszyscy obecni zaczęli gapić się na mnie z wyrazem twarzy świadczącym, że nie mają pojęcia, czego spodziewać się dalej. Wszelka myśl o tym, że to miałaby być normalna naukowa pogadanka, opuściła już salę. Wyświetliłem wtedy moje najlepsze „biologiczne” zdjęcie LBV, a potem powiedziałem coś, czego zwykle nie słyszy się na takich spotkaniach, coś w rodzaju: „Opowiem teraz o ptaku, w którym zakochałem się od pierwszego spotkania”. To się nie mieści w głowie — opowiadać o emocjach w gronie naukowców! Maeton pewnie w tej chwili siedział gdzieś z tyłu sali i myślał: „O czym on gada? Ta prezentacja, którą zatwierdziłem, to było coś całkiem innego!”.

W półmroku sali mogłem dostrzec na twarzach moich słuchaczy zdumienie pomieszane z zadowoleniem. Jednak nikt się nie poruszył ani nie odezwał, bo obawiali się trochę tego, co może nastąpić. Przez następne 30 minut oprowadzałem moją widownię po kotlinie Mono. Urządziłem im wizualną — teraz powiedzielibyśmy: wirtualną — wycieczkę po obszarze zamieszkania i aktywności LBV. Używałem terminów takich, jak „przeczesywanie terenu” albo „wylęg”, ale unikałem nazywania zebranych informacji „danymi”. Skończyłem na zdjęciu, które było moją tajną bronią i jak żadne inne trafiało do serc słuchaczy, o czym przekonałem się na moim objeździe po klubach Audubon. Zdjęcie przedstawiało LBV siedzącego na gnieździe, z perfekcyjnie naświetlonym liściem po lewej. Tak naprawdę całą historię opowiedziały same zdjęcia.

I nagle zrobiło się gorąco — nie dlatego, że ktoś majstrował przy klimatyzacji, lecz z powodu wybuchu niepohamowanego aplauzu. Wierzcie mi, nie ma drugiej takiej widowni jak widownia złożona z biologów. Oni wiedzą lepiej niż ktokolwiek na świecie, jak powinny wyglądać dobre zdjęcia przyrody. Nadszedł czas zadawania pytań z sali, ale nie było takich pytań, jakie zwykle spotyka się na naukowych pogadankach. To były raczej gratulacje. A ja przygotowywałem się w tym czasie do wielkiego finału.

Zawsze robiłem, co mogłem, by posłać mych słuchaczy do domu z pieśnią w sercu, i nie zamierzałem teraz rezygnować z tej tradycji. Zostawiłem jeszcze na deser zestaw zdjęć żurawi kanadyjskich, zrobionych w pewnym specjalnym miejscu zwanym Soda Lake w kalifornijskim rezerwacie Carizzo Plain National Monument, które puszczałem do nastrojowej muzyki. Ostatni obraz w tej serii przedstawiał klucz żurawi na tle księżyca. Tymczasem moja widownia myślała, że to już wszystko — z takimi prezentacjami nie mieli jeszcze do czynienia, skąd więc mogli wiedzieć, że powinni zaczekać na ostatnią część? Wielu wstało z krzeseł, gdy przeszedłem na tył sali, by zmienić obrotowe podajniki. Zignorowałem to. Sharon zajmowała się światłami, więc wystarczyła sekunda — pojemniki zostały wymienione, a światła znów przygasły.

Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierząt - Niezła jazda!
Żurawie kanadyjskie w Soda Lake. Zdjęcie zrobione Nikonem F3P z obiektywem Nikkor 400 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64.

Zdecydowanie polecam wszystkim fotografom, by dzielili się swymi zdjęciami z publicznością, a pokaz slajdów to bardzo dobry sposób, by to zrobić. W czasach mojej młodości wymagało to napełniania pojemników slajdami i obsługiwania projektora pilotem, teraz wszystko jest cyfrowe. Osobiście korzystam z aplikacji ProShow Producer firmy Photodex, gdyż za jej pomocą można łatwo zaprojektować pokaz, a potem wyeksportować go w formacie odpowiednim dla sieci albo zapisać na płycie DVD — do oglądania na ekranie telewizora. Możesz zresztą wybrać całkiem inne narzędzie, to nieważne. W każdym razie zrób to i pokaż swoje zdjęcia całemu światu!

W tym momencie wszyscy zastygli tam, gdzie akurat byli, i zapatrzyli się w ekran. Pewnie myśleli, że znów usłyszą coś z rock and rolla, ale zaskoczyłem ich (na to liczyłem!). To był łagodny, romantyczny kawałek. Muzyka grała, obrazy zmieniały się na ekranie. Zobaczyłem, jak jakaś dama ociera łzy z policzków. Wygrałem! Światła się zapaliły, a ja wiedziałem, że zdobyłem serca moich słuchaczy. Byłem wielki.

Byłem naprawdę zadowolony z mojej prezentacji. Maeton podszedł, żeby mi pogratulować. Wiele osób podchodziło, by zadać jakieś pytanie na temat fotografii albo powiedzieć, że im się podobało. Gdy dotarłem do dziewiątej sfery raju, podszedł do mnie Charlie (biolog) i przedstawił się. Słyszałem o nim wcześniej. Powiedział mi, że fotograf zatrudniony przy jednym z jego obecnych projektów okazał się kompletnie nieodpowiednią osobą i Charlie zrobił to, co powinien (tak to ujął w rozmowie ze mną), czyli zwyczajnie wywalił go za drzwi. Zawsze się zastanawiałem, czy to rzeczywiście tak wyglądało, ale niezręcznie było o to pytać. Zwłaszcza wtedy, gdy podał mi rękę i pogratulował prezentacji. Jednak ta myśl krążyła gdzieś na zapleczu mego mózgu, gdy spytał, czy nie byłbym zainteresowany fotografowaniem modrowronek kalifornijskich na wyspie Santa Cruz, jak również rybitw białoczelnych, rybitw kalifornijskich, brzytwodziobów amerykańskich i cierniosterników czarnych. Poczułem lęk, który nagle zamienił się w panikę, gdy usłyszałem samego siebie mówiącego: „Oczywiście, bardzo chciałbym pracować przy tym projekcie”.

Charlie nie jest po prostu biologiem — nie jednym z wielu. Charlie jest ornitologiem o światowej renomie. Wtedy właśnie opublikował książkę, i to nie o jakimś jednym gatunku, lecz o całej rodzinie ptaków. Charlie okazał się też wspaniałym facetem i z czasem został jednym z naszych najlepszych przyjaciół, a przy tym jednym z mych mentorów. Otóż Charlie wybierał się za miesiąc na wyspę Santa Cruz i miał w ekipie wolne miejsce, które postanowił wypełnić moją skromną osobą.