Przetwarzanie danych osobowych

Nasza witryna korzysta z plików cookies

Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie, a także do prawidłowego działania i wygodniejszej obsługi. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Partnerzy mogą połączyć te informacje z innymi danymi otrzymanymi od Ciebie lub uzyskanymi podczas korzystania z ich usług i innych witryn.

Masz możliwość zmiany preferencji dotyczących ciasteczek w swojej przeglądarce internetowej. Jeśli więc nie wyrażasz zgody na zapisywanie przez nas plików cookies w twoim urządzeniu zmień ustawienia swojej przeglądarki, lub opuść naszą witrynę.

Jeżeli nie zmienisz tych ustawień i będziesz nadal korzystał z naszej witryny, będziemy przetwarzać Twoje dane zgodnie z naszą Polityką Prywatności. W dokumencie tym znajdziesz też więcej informacji na temat ustawień przeglądarki i sposobu przetwarzania twoich danych przez naszych partnerów społecznościowych, reklamowych i analitycznych.

Zgodę na wykorzystywanie przez nas plików cookies możesz cofnąć w dowolnym momencie.

Optyczne.pl

Poradniki

Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierząt

30 marca 2013

11. Odkrywanie własnego podwórka

Pewnego dnia Sharon zadzwoniła do sklepu i powiedziała, że Charlie właśnie zatelefonował i spytał, czy nie chciałbym dołączyć do projektu związanego z rybitwami. Zajmował się przede wszystkim miejscową populacją rybitwy białoczelnej, ale po części też rybitwy kalifornijskiej i coroczną migracją tych ptaków do południowej Kalifornii, gdzie gniazdowały. Praca na plaży mieściła się w naszym budżecie — to było zaledwie kilka godzin jazdy od domu i mogliśmy zatrzymać się u rodziny. Chociaż pochodziliśmy z wybrzeża, niewiele wiedzieliśmy o nadmorskim ekosystemie. Była to więc świetna okazja, by dowiedzieć się więcej o własnym „podwórku”.

Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierząt - Odkrywanie własnego podwórka
Brzytwodziób amerykański. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64.

Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierząt - Odkrywanie własnego podwórka
Kalifornijska rybitwa białoczelna z pisklęciem. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6 z TC-14, na kliszy Kodachrome 64.

Charlie umówił się z nami na spotkanie w Huntington Beach, na parkingu przy zjeździe z Pacific Cost Highway. Gdy Sharon powiedziała mi, gdzie mamy się stawić, byłem trochę zaskoczony — to było miejsce, do którego za młodych lat wybierałem się surfować. Chodziło o nowo założony rezerwat o nazwie Bolsa Chica, ufundowany przez port Los Angeles jako rekompensata za dewastację części wybrzeża. Przeszliśmy przez most, przez zamykaną na klucz furtkę w ogrodzeniu, usadowiliśmy się w tyle pikapa i pojechaliśmy na North Island. Całe to miejsce jest trochę surrealistyczne: na wschodzie widać pompy pracujące na polu naftowym, na zachodzie — ocean, a w środku znajduje się stworzony przez człowieka staw o powierzchni paru akrów (wypełniony falą przypływu) z usypanymi na nim dwoma sztucznymi wyspami. Gdy zakręciliśmy i zbliżyliśmy się do wysp, okazało się, że są pokryte czymś, co wygląda jak poruszający się śnieg. Co za przedstawienie?! Najpierw byłem zdumiony, potem na moment wpadłem w panikę. Jak to wszystko pokazać jednym pstryknięciem, w pojedynczym obrazie? Nagle poczułem, jak budzi się we mnie lew. Myślicie, że nie dam rady? Tylko mnie tam wpuśćcie!

----- R E K L A M A -----

Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierząt - Odkrywanie własnego podwórka
Rybitwa kalifornijska. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6 z TC-14, na kliszy Kodachrome 64.

Poznałem biologa z urzędu Fish and Game oraz asystenta Charliego i po tych wstępnych prezentacjach powiosłowaliśmy na wyspę. Gdy wyszliśmy na jej brzeg, rozpętało się istne piekło. Na wyspie gnieździło się pięć gatunków rybitw oraz brzytwodzioby. Wszystkie te ptaki mają zwyczaj bronić swych gniazd gromadnie, w sposób zorganizowany; gdy na ich terenie pojawia się drapieżnik, wzbijają się w powietrze i rzucają się na niego całą chmarą. Nie tylko atakują, ale i często wypróżniają się na swego wroga, a że jedzą ryby, ich odchody są wyjątkowo nieprzyjemne. Kiedy zeszliśmy na brzeg, my staliśmy się drapieżnikami i odczuliśmy na sobie cały ciężar gniewu kolonii. Rybitwa krótkodzioba to naprawdę duży ptak. Jedna z nich wylądowała na głowie biologa, wyszedł z tego starcia zakrwawiony. Te stwory nie żartowały. Na szczęście po krótkim czasie przyzwyczaiły się do nas i przynajmniej większość z nich zostawiła nas w spokoju, co umożliwiło nam podjęcie pracy.

Tej wiosny pojechałem na wyspę jeszcze wiele razy. Robiłem zdjęcia biologom przy pracy, a ponadto pozwalano mi na godzinę rozłożyć osłonę i fotografować spod niej wspaniałe, rojne życie wyspy. To było niezwykłe przeżycie. Przyznam szczerze, że osłona była potrzebna bardziej dla ochrony przed ptasimi odchodami niż w jakimkolwiek innym celu. Pod koniec sezonu naprawdę mieliśmy już dość rybiego fetoru, ciężko się go było pozbyć. Jednak to było świetne miejsce, wspaniała okazja dla fotografa. W trakcie jednej z tych sesji naświetliłem 83 rolki kliszy w ciągu godziny — niezły wynik, jak na tamte czasy. I spory wydatek. To zdarzenie zapadło mi w pamięć z obu tych powodów.

Bolsa Chica to dom dla kilku zagrożonych gatunków: należą do nich bagiennik żółtobrewy i wodnik długodzioby, a także kalifornijska odmiana rybitw białoczelnych. Gdy wróciliśmy na wybrzeże z tej pierwszej wycieczki, zadałem mnóstwo pytań na temat rezerwatu i zamieszkujących tam gatunków; chciałem sfotografować je wszystkie. Sharon i ja przywiązaliśmy się szybko do tego miejsca, a że było to tylko dwie godziny jazdy od domu, często tam zaglądaliśmy. Zebraliśmy imponującą kolekcję zdjęć i niemało informacji, poznaliśmy też ludzi pracujących w Bolsa i starających się zapobiec włączeniu tego terenu w obszar kompleksu portowo-magazynowego. Po raz pierwszy wzięliśmy wtedy bezpośredni udział w walce o zachowanie rezerwatu, używając do tego naszych zdjęć. Jedno z mych najlepszych zdjęć z Bolsa, przedstawiające czaplę, trafiło na plakat firmujący te działania. Zrobiłem też pokaz slajdów na temat znaczenia tego rezerwatu oraz przygotowałem pierwszy z serii wielu odczytów na temat zachowania środowiska, jakie wygłaszałem przez następne 10 lat.

Charlie pracował też w innym unikalnym rezerwacie, znajdującym się niezbyt daleko od naszego miejsca zamieszkania: Upper Newport Bay’s Back Bay. Było tam sporo wysepek, na których znajdowały się niewielkie kolonie rybitw i brzytwodziobów, ale Charlie jeździł tam z powodu aeronauty białogardłego. W Back Bay występuje również wodnik długodzioby, a Charlie skontaktował mnie z biologiem, który znał się na tych ptakach, swym niegdysiejszym uczniem. Na imię miał Dick.

Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierząt - Odkrywanie własnego podwórka
Wodnik długodzioby. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64.

Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierząt - Odkrywanie własnego podwórka
Wodnik długodzioby. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64.

Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierząt - Odkrywanie własnego podwórka
Wodnik kalifornijski. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/T z obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64.

Uchwycone obiektywem. Lekcje legendarnego fotografa dzikich zwierząt - Odkrywanie własnego podwórka
Wodnik kalifornijski. Zdjęcie zrobione Nikonem F3/Tz obiektywem Nikkor 800 mm f/5.6, na kliszy Kodachrome 64.

Dick był naprawdę dobry w tym, co robił, a przy tym był bardzo bezpośredni i nie miał zwyczaju owijać niczego w bawełnę. Spotkaliśmy się tuż przed świtem. Na początek opowiedział mi o obecnej sytuacji wodników długodziobych. Gatunek został już niemal starty z powierzchni ziemi, zostało ledwie parę ostoi, gdzie jeszcze się utrzymał. Po tym optymistycznym powitaniu zabrał mnie na obchód. Na ramieniu miałem aparat z obiektywem 800 mm. Najpierw przedzieraliśmy się przez suche kępy szałwii, potem skręciliśmy i wkrótce dotarliśmy do brzegu bagna. Z daleka usłyszeliśmy dziwny odgłos, jakby ktoś klaskał w dłonie. Dźwięk ucichł, a potem pojawił się znów, lecz tym razem z innego zakątka bagna. „To są właśnie wodniki” — powiedział Dick.

Jeszcze jeden zakręt ścieżki i znaleźliśmy się w miejscu, gdzie woda dochodziła bezpośrednio do brzegu drogi. Rozglądałem się na wszystkie strony, próbując wypatrzyć ptaka, którego do tej pory widziałem tylko na obrazkach. Wiedziałem, że powinien być mniej więcej wielkości kury. Dick spojrzał na mnie i powiedział: „Wiesz, jaki jest największy problem obserwatorów ptaków? Nigdy nie patrzą pod nogi!”. Myślałem, że to miał być żart, dopóki nie spojrzałem w dół. Tuż przy naszych stopach — dosłownie — siedział wodnik. Wtulił się w niewielkie zagłębienie linii brzegowej, wysunął łebek i rozglądał się, nie poświęcając nam baczniejszej uwagi. Był o wiele za blisko, bym mógł nastawić na niego ostrość mego obiektywu. Za to postawił mój mózg w stan najwyższej gotowości.

To był bardzo pouczający poranek. Wypracowane przeze mnie do tej pory techniki fotografowania ptaków okazały się nieskuteczne, musiałem znaleźć nowe sposoby, co na dłuższą metę okazało się dla mnie bardzo pożyteczne. Dick i ja nieraz jeszcze pracowaliśmy razem przy wodnikach, tak że w końcu poznałem ten gatunek od podszewki. Nie była to wcale uciążliwa praca. Dick wsadzał mnie do łodzi udostępnionej przez marynarkę wojenną i wypływaliśmy fotografować ptaki tam, gdzie zwykle żaden fotograf nie ma wstępu. Później czasem towarzyszyła mi Sharon. Spędzaliśmy całe dnie w miejscu, które określaliśmy jako „Zakręt nr 2 na zatoce Back Bay”. Pławiliśmy się w słońcu i czekaliśmy, aż pojawi się jakiś wodnik do sfotografowania. Przez resztę czasu mogliśmy się opalać.